Wyruszyłem kiedyś w drogę
Bez celu, bez końca
Drogę idącą prosto
Gładką i szeroką

Lecz już na samym początku
Odpocząć troszkę chciałem
Usiadłem na poboczu
I troszkę pospałem

Gdy obudziłem się
Jakaś niezwykła ciemność
Sprawiła, że z drogi swej
Zboczyłem sam nie wiem gdzie

Teraz błądziłem w ciemności
Raniąc swe nogi i ręce
Przez las gęsty i wrogi
Z trudem przedzierając się

Czasem widziałem światło
Czasem ktoś wołał mnie
Lecz chwila nieuwagi
I znów gubiłem się

I teraz poraniony
Brudny i zmęczony
Już nie wiadomo dokąd
Przez bagno wlokę się

I oto znów światełko
Gdzieś w dali pali się
I oto znów ten głos
Z daleka woła mnie

Lecz cóż mam zrobić błądząc
Jak z bagna wydostać się?
Ktoś poda swoją dłoń
- Chodź poprowadzę cię…

Droga szeroka jak rzeka
Dziś złudą zdaje się
Lecz jakaś iskierka nadziei
Zapomnieć nie daje jej

Więc ruszam powoli naprzód
Podnoszę z ziemi się
I łamiąc gałęzie na drodze
Przez ciernie przedzieram się

Do światła garnie me serce
Do życia tęskni ma dusza
Powietrza chcą moje płuca
Wytchnienia ciało me

Zbyt dużo ran na ciele mym
Zbyt dużo zła w życiu mym
Zbyt wiele niepewności
Za mało miłości…