To ja :)… Wróciłem do domu, co pewnie niejedną osobę zaskoczyło i jeszcze zaskoczy… W domu jestem już od 2 tygodni, ale dopiero teraz się zmobilizowałem, żeby coś napisać. Jakieś 1,5 godziny temu wróciłem z Rzeszowa, gdzie odbywało się w ten weekend studium RAM i może to mnie jakoś bardziej zmobilizowało do pisania… W każdym bądź razie myślę, że parę spraw trzeba wyjaśnić…
Przede wszystkim odpowiem na najczęściej kierowane do mnie pytanie w ostatnich dniach. Co ja tutaj robię? Na Świętym Krzyżu spędziłem trzy miesiące na modlitwie, pracy, skupieniu. Nie jest to w żadnym wypadku czas stracony. Dzięki temu trochę lepiej poznałem samego siebie i mogłem podjąć tę decyzję, którą podjąłem. Kiedy ponad rok temu poznałem Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej moje powołanie było na etapie kształtowania się. Ponieważ w życiu nie ma przypadków to i to „spotkanie” nie było przypadkowe. Zgromadzenie OMI mnie zafascynowało i ściągnęło do siebie. Decyzja o wstąpieniu nie była wolna od różnych rozterek wewnętrznych i pytań o sens i cel takiego działania. Ale jednak poszedłem do nowicjatu. Z założenia czas ten służy lepszemu poznaniu siebie i swojego powołania. Dlatego też cały czas pojawiały się różne pytania. Czasem przychodziły kryzysy, ale ciągle jakoś się trzymałem i po pewnym czasie wszystko się stabilizowało. Parę tygodni temu zacząłem się jednak na tym wszystkim poważnie zastanawiać. Po rozmowie z kierownikiem duchowym zacząłem się wytrwale modlić, dyskutować z Bogiem o swoim powołaniu. Z dnia na dzień dojrzewałem do decyzji, która miała zadecydować o moim dalszym losie. I w końcu doszedłem do wniosku, że życie zakonne to nie jest moja droga. Wniosek to jedno, a decyzja to drugie. Po trzech miesiącach mieszkania ze sobą pod jednym dachem człowiek strasznie się przywiązuje do ludzi, z którymi żyje. W końcu w pewnym sensie już tworzyliśmy rodzinę. Ktoś mądry jednak powiedział kiedyś, że ten kto stoi w miejscu ten się cofa. Dlatego musiałem zrobić krok naprzód. I zrobiłem. Swoją decyzję przedstawiłem wieczorem 5 grudnia mistrzowi nowicjatu. Następnego dnia poznała ją cała wspólnota nowicjatu, chociaż już wcześniej wiele osób się dowiedziało, gdyż „wiadomości” szybko się tam rozchodzą jak zauważyłem. 7 grudnia, w środę, przyjechał po mnie tata i wróciłem do domu…
Nie żałuję tej decyzji, ani tego czasu, który tam spędziłem. Na dzień dzisiejszy myślę o seminarium diecezjalnym, ale do października jeszcze kilka miesięcy i wszystko się może zdarzyć. Dojrzałem jednak do pewnego działania i dlatego teraz myślę o założeniu nowej wspólnoty przy mojej parafii – co z tego wyniknie, się okaże mam nadzieję w najbliższym czasie :).
Życie w zakonie rozwinęło mnie przede wszystkim duchowo. Poznałem moc modlitwy i wyciszenia, dzięki czemu wszystko staje się łatwiejsze. Tylko przez modlitwę i wsłuchanie się w siebie i Boga człowiek może się rozwijać i może stać się zdolny do walki z pokusami. Modlitwa jest w życiu konieczna, bo bez niej człowiek staje się w pewnym sensie pusty, samotny. Bo można być otoczonym przyjaciółmi, ale zawsze będzie w nas pewna pustka, którą zapewnić może tylko Bóg.
Studium animatorskie RAM poświęcone było w tym miesiącu nawróceniu, były to jakby rekolekcje adwentowe. I chyba zadziałały. Przynajmniej w moim przypadku. Tak musżę przyznać, że było to pewne nawrócenie w moim życiu, które doprowadziło mnie po raz kolejny do konfesjonału. Spowiedź jest prawdziwym oczyszczeniem, spotkaniem z Bogiem. Czasem to takie niesamowite. Bo Bóg zawsze chce naszego nawrócenia, a tylko my nie słyszymy jak nas woła. Ksiądz ładnie to zilustrował. Bóg zawsze stoi z nami twarzą w twarz i kiedy upadniemy, chce żebyśmy się podnieśli, ale nie stoi i nie czeka aż to zrobimy, On się zniża do naszego poziomu, kładzie się razem z nami i dalej patrzy nam w twarz. To niesamowite, że Bóg kocha nas tak bardzo, że potrafi wejść w błoto grzechu aby nas zbawić….

I tym optymistycznym akcentem kończę, bo się pogubiłem, a zaraz będę musiał iść do kościółka… Pozdrowienia dla wszystkich i każdego bez wyjątku :)