sdms blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

… Tak… Na RAMie moje wakacje się nie skończyły… Spędziłem tylko kilka dni w domu, bo już 1 sierpnia wyjeżdżałem na prenowicjat do Markowic koło Inowrocławia… Wiele osób pyta, co to jest prenowicjat, więc żeby nie było wątpliwości wyjaśniam, że są to takie jakby rekolekcje, na których gromadzą się kandydaci do Zgromadzenia (w moim przypadku Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej) i tu się wzajemnie poznają, słuchają wykładów, które mają ich przygotować do dalszego życia zakonnego, odbywają rozmowy indywidualne z ojcem prowincjałem, przechodzą testy psychologiczne i ostatecznie dowiadują się, czy są przyjęci, czy też nie :)… Więc jak napisałem pojechałem na prenowicjat do Markowic… Bez większych problemów dojechałem pociągiem do Inowrocławia i tu zaczęły się schody… No bo miałem pół godziny do autobusu, więc sobie siadłem i czekałem… A był to ostatni autobus, którym mogłem zdąrzyć na czas (na 18 :))… No i o wyznaczonej porze autobus podjeżdża, a ja stałem sam na przystanku, więc wstałem i podszedłem do krawężnika, autobus ładnie zwolnił przejechał mi przed nosem i pojechał dalej… No to co miałem zrobić? Wysłałem ojcu Mirosławowi (ojciec dyrektor Sekretariatu Powołań) sms’a, że się spóźnię :)… Na szczęście nie musiałem się skazywać na łaskę i niełaskę kierowców autobusów, bo ojciec Mirek po mnie podjechał samochodem :)… No i tak zaczął się prenowicjat w domu Niższego Seminarium Duchownego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Markowicach :)… Początkowo było nas 20, w tym jeden kanadyjczyk (polskiego pochodzenia :P), ale docelowy skład nowicjatu miał wynosić 25 osób, w tym 2 kanadyjczyków, 3 ukraińców i 1 białorusina… Po kilku dniach dojechał do nas Jan z Białorusi… Z pczyczyn niezależnych ominęły nas testy psychologiczne (będziemy je mieli dopiero w nowicjacie).. W związku z powyższym po rozmowach indywidualnych prowincjał podjął decyzje o przyjęciach i odrzuceniach… Niestety odpadł jeden chłopak, a powodem było to, że wcześniej był w seminarium diecezjalnym, a Oblaci nie przyjmują, gdy ktoś wcześniej był w innym seminarium lub zgromadzeniu… Tak więc na ostatnie dni zostało nas znowu 20, chociaż na jeden dzień pojawił się jeszcze jeden chłopak, który też został przyjęty w ostatniej chwili…
Ogólnie czas na prenowicjacie mijał bardzo szybko… Dzień był dobrze zorganizowany i na wszystko był czas i miejsce… Codziennie mieliśmy półtorej godziny pracy (mi się tak trafiało, że najczęściej odchwaszczałem pole ziemniaczane ;P), także rekreację poobiednią (teoretycznie 2,5 godziny, ale trzeba uwzględnić czas na mycie i takie tam :) ), spotkania, Eucharystię, rano Jutrznia, wieczorem film, przed filmem często graliśmy w piłkę… dwa razy mieliśmy grilla (raz dlatego, że ognisko niewypaliło z powodu deszczu)… Jeden dzień poświęciliśmy na wycieczkę autokarową, w czasie której zwiedziliśmy tamę na której zginął ks. Popiełuszko, odwiedziliśmy muzeum wsi mazowieckiej, czy jakiejś tam :P i zwiedzaliśmy Płock… W Płocku niestety nie przypadła mi do gustu pani przewodnik, która (moim zdaniem) na przewodnika się niebardzo nadaje… No ale nie każdemu można dogodzić… Poza zwiedzaniem interesujących miejsc w mieście odwiedziliśmy klasztor Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie miała pierwsze objawienia św. siostra Faustyna Kowalska, a także kościół Mariawitów Starokatolickich.. Ogólnie wycieczka była w miarę interesująca… Po zwiedzaniu miasta odbyliśmy rejs statkiem po Wiśle i wróciliśmy do Markowic :)…
Ogólnie prenowicjat był dla mnie czasem bogatym w nowe doświadczenia… Dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy, które mogą okazać mi się przydatne na dalszej drodze życia… Wygląda na to, że czas nowicjatu będzie ciekawy… Na pewno będę miał fajnych kolegów… Z Markowic wyjechałem zmęczony, ale zadowolony… Bogatszy o parę siniaków, ale ogólnie zdrowy :)..
Powoli zaczynam się przygotowywać do wyjazdu na Święty Krzyż… Do 1 września już tak niewiele czasu… Niech Dobry Bóg poprowadzi mnie swoim ścieżkami wszędzie tam, gdzie tylko zechce, aby wypełniła się Jego wola…

.. Po powrocie z Rzeszowa spędziłem trochę czasu w domu i 10 lipca pojechałem znowu do stolicy Podkarpacia… Mimo ulewnego deszczu i małych problemów organizacyjnych udało mi się szczęścliwie spędzić noc z 10 na 11 lipca w ciepłym domku u mojej rodzinki w Rudnej Wielkiej :).. W poniedziałek (11 lipca) raniutko stawiłem się na placu pod Urzędem Wojewódzkim, skąd o 11 wyjeżdżałem na RAM :)… Chyba się lekko niepokoiłem, bo człowiek, gdy jedzie drugi raz w to samo miejsce po troszku spodziewa się tych samych sytuacji itp. Na pewno wspominałem ludzi z zeszłego roku, ale poznałem nowych równie fajnych… Ogólnie turnus był bardzo owocny… przynajmniej w moim przypadku… Przez rok wiele się w moim życiu zmieniło, na wiele spraw patrzę dzisiaj inaczej niż kiedyś, dostrzegam więcej patrząc na drugiego człowieka, inaczej podchodzę do pewnych sytuacji, zachowań… W pewien sposób dojrzałem psychicznie, a na pewno duchowo… Potrafię wyciągnąć więcej z tego wszystkiego co mnie spotyka… Pierwszy turnus w Majdanie Sopockim mocno mnie uformował wewnętrznie, ale też pozwolił mi spojrzeć na świat zewnętrzny.. na problemy innych ludzi, na ludzi podobnych do mnie kilkanaście miesięcy temu… Szkoda, że nie każdy potrafi skorzystać z czasu, który jest mu dany, z łaski… Bo widziałem na tym turnusie ludzi, którzy wykorzystali ten czas bardzo dobrze, takich, którzy skorzystali tylko z części darów, które mogli otrzymać, ale też i takich, którzy wzięli i za chwilę wyrzucili, lub też tylko spojrzeli i odwrócili wzrok, takich, dla których ten czas będzie czasem straconym, chociaż na pewno nikt z RAMu nie wyjechał stratny, mimo iż parę osób wyjechało niecałkiem zdrowych… ;) Co ja zyskałem? Pierwszy turnus mnie rozmodlił, przygotował w pewnym sensie na drugi turnus, otworzył moje serce… zmusił mnie do rozmyślań nad pewnymi sprawami i do odkrycia na nowo siebie… No bo przecież cały czas się poznajemy, cały czas się rozwijamy… dlatego po tym turnusie stałem się bardziej dojrzały… W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować wszystkim uczestnikom pierwszego turnusu w Majdanie, całej kadrze – księżom, klerykom, animatorom, moderatorowi, wszystkim, którzy przez ten tydzień tworzyli tę wspaniałą wspólnotę, wzbudzając we mnie różne uczucia, a przede wszystkim ogromną dawkę radości.. Dziękuję pewnym osobom za masaż ;), innym za rozmowy, a jeszcze innym po prostu za to, że były :)…
Ale to nie koniec historii :)
18 lipca zakończył się pierwszy turnus, a zaczął się drugi… Część ludzi wyjechała, część została, przyjechali nowi… Ucieszyłem się widząc znajome twarze wśród tych, którzy przyjechali, mimo iż już tęskniłem za tymi, którzy wyjeżdżali… Znów nie wiedziałem czego się spodziewać… Nowi ludzie, nowe tematy, nowi księża, nowa kadra… Początkowo cierpiałem na syndrom poprzedniego turnusu, ale powoli przyzwyczajałem się do nowych ludzi i nawiązywałem nowe znajomości… Byłem trochę wyczerpany po pierwszym turnusie i ciągle byłem zaspany, ale chyba nie było źle… No pomijając fakt, że trochę z tego zmęczenia bzikowałem, ale przynajmniej było śmiesznie… Dobrze, że chociaż niektórzy poznali mnie jako poważnego człowieka, z którym można otwarcie porozmawiać i (mam nadzieję) zaufać… Już w tym miejscu dziękuję tym osobom za rozmowy :)… Drugi turnus był zdecydowanie inny od pierwszego, ale też wiele wniósł w moje życie.. Na pewno owocny był piątek, z całym milczeniem, medytacją, spowiedzią… Bo może spowiedź była (z mojej strony) trochę pusta i w zasadzie (w pewnym sensie) spowiedzią niekoniecznie była, ale na pewno otworzyła mnie na działanie łaski… I dzięki temu mogłem potem mocno przeżyć nabożeństwo… Cieszę się z każdego pojedynczego człowieczka, którego Bóg postawił obok mnie na tym turnusie… za tę wspólnotę dziękuję z całego serca… Dziękuję wszystkim uczestnikom, księżom (za rozmowy prywatne i za wszystko inne), całej kadrze, moderatorowi Karolowi :), animatorom, klerykom… Dziękuję mojej grupie… Cieszę się, że mogłem się sprawdzić te kilka razy w roli podsumowującego ;) i cieszę się z każdej mądrości, która do mnie trafiła… Dziękuję za wspólne przeżywanie tych chwil, szczególnie grupie nieśpiącej po agape ;)… Dziękuję, że znosiliście dzielnie moje odchyły :)…
Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś z wami wszystkimi spotkam…
25 lipca skończył się RAM… i znów wróciłem do domu innym człowiekiem… Może stałem się bardziej spokojny, wyciszony, może bardziej pewny siebie, umiejący się śmiać, bardziej wrażliwy… W każdym z nas zostało zasiane ziarno, którego owoce zbieramy i będziemy jeszcze zbierać – jeśli tylko dobrze o nie zadbamy… Ja ciągle dostrzegam, odkrywam nowe owoce tych dwutygodniowych rekolekcji.. i to chyba dobrze… Bo każdego dnia przekonuję się, że to nie był czas stracony… I za to, za ten wspaniały czas, za wszystkich tych ludzi, za wszystkie chwile, za wszystko co przeżyłem – chwała Panu! :)


  • RSS