Skończyły się parafialne rekolekcje wielkopostne… Prowadził je wspaniały ojciec kombonianin, z pochodzenia Portugalczyk… Naprawdę wspaniałe były… spotkałem się z negatywnymi głosami, bo że za długie kazania itp., ale dla mnie było to coś niesamowitego… Takie wejście na górę Pana… A dzisiejsze kazanie, odnośnie Ewangelii o wskrzeszeniu Łazarza było wogóle nie do opisania… I uświadomienie sobie, że każdy z nas jest takim Łazarzem, każdy ma jakiś grób przywalony kamieniem, który Pan chce otworzyć i powiedzieć nam „wyjdź”…

Było w kościele małżeństwo… od 50 lat razem… Pani zapytana przez księdza, czy mówi mężowi, że go kocha, odpowiedziała, że owszem i to często (prawie codziennie)… To naprawdę coś pięknego… 50 lat miłości!… Coś pięknego…

Chciałem napisać coś więcej, ale…. Hmm… Wiecie to wspaniałe, że Bóg stawia na mojej drodze tylu różnych ludzi, i że dociera do nich na tyle różnych sposobów… często się wacham, poddaję, ale kiedy czytam takie wypowiedzi, jak komentarz Marty, to aż chce mi się śpiewać… No bo to niesamowite, że czasem tak niewiele potrzeba, by ktoś uwierzył… I chwalę Pana za to, że pozwala mi robić tyle dobrych rzeczy…
Nie wiem, czy za to, jak żyję, lub jak staram się żyć, zasłużę sobie na niebo… Chciałbym tam trafić i mocno wierzę, że Jezus chce mnie zbawić, i że jeśli ja będę tego mocno pragnął i dążył wytrwale do tego, to na pewno to zrobi… Bo przecież On już umarł za moje grzechy… A ja jestem taki niewdzięczny… Codziennie Go ranię, przybijam na nowo do krzyża… Panie ocal mnie, dodaj mi sił, abym się z Tobą pojednał.. Ty widzisz Panie, że zbłądziłem, a przecież przyszedłeś po to, by szukać zagubionych… Wołam do ciebie z ciemności… Przyjdź i rozświetl mą drogę, abym nie błądził już więcej, lecz by światło Twoje mnie prowadziło do królestwa Twojego Ojca… Amen….